Mój Mount Everest

Każda dziedzina ludzkiej aktywności ma swoje Himalaje – niedostępne szczyty, które z jednej strony straszą swoją potęgą i niedostępnością, ale z drugiej stanowią wyzwanie, kuszą, żeby je zdobyć. Sportowcy ustanawiają rekordy, lekarze wygrywają z nieuleczalnymi dotąd chorobami, inżynierowie projektują przekraczające granice wyobraźni budowle. A jaki jest Mount Everest dla piarowca? Zbudować pozytywny wizerunek czegoś, z czym żaden normalny człowiek nie potrafi się pojednać.

Mój Mount Everest

KAŻDY Z NAS UMRZE

Śmierć - zagadnienie tak stare, jak ludzkość, bo odkąd zaczęliśmy myśleć, z całą pewnością jedną z naszych pierwszych refleksji było pytanie o śmierć, o to, co dzieje się z nami, gdy nasze ciało przestaje żyć. Wokół tego pytania rodziły się wszystkie religie, które oferowały nam różne wizje życia po życiu. Wszechobecność i wszechpotężność tego pytania i wiążącego się z nim strachu zbudowała nieporównywalne z niczym instytucje, legła u podstaw imperiów, ale także przyczyniła się sama przez się do smutnego końca niezliczonych istnień. Lęk przed śmiercią mamy automatyczny, podświadomy, jest on zakodowany w instynkcie każdej istoty, w dążeniu do podtrzymywania życia, do przedłużania jego trwania. Śmierć, jako koniec życia, powinna być zatem rozumiana jako nasz wróg największy, wróg – nomen omen - śmiertelny. Tyle, że jest to wróg, którego nie jesteśmy w stanie pokonać, możemy tylko odwlekać w czasie jego triumf, przy czym nie zawsze to odwlekanie jest w naszym interesie. Ale tak czy inaczej, każdy z nas umrze, więc może zamiast walczyć ze śmiercią, lepiej jest ją zaakceptować i wynieść z tego korzyści dla siebie. Nie jest to miejsce na prezentowanie filozoficznych, tym bardziej religijnych, rozważań, nie uważam się też za uczonego mędrca, upoważnionego do publicznego snucia takich dywagacji. Od ponad roku natomiast patrzę na śmierć jako zawodowiec – nie lekarz, psycholog albo osoba duchowna, ale jako piarowiec, ściślej profesjonalista w dziedzinie komunikacji. Zaczęło się, jak to często bywa, przez przypadek, kiedy stanęła na mojej drodze osoba, która walczy ze śmiercią jako lekarz onkolog, i opowiedziała mi, czym najczęściej jest umieranie dla chorego i jego bliskich. W skrócie: jest osamotnieniem w smutku, strachu, rozpaczy. Do tego, często w fizycznym bólu i cierpieniu wywołanym chorobą. Oczywiście mówimy tu w kategoriach bardzo ogólnych, abstrahując od godnych pochwały wyjątków, kiedy ludzie dożywają swoich dni w luksusie, który w tej sytuacji nie polega na leżeniu w klimatyzowanym pokoju i jedwabnej pościeli (choć to w niczym nie przeszkadza), a na bliskości, miłości i prawdziwej przyjaźni tych, którzy są dla nich najważniejsi. Najczęściej jednak bywa tak, że wiadomość o zbliżającym się najgorszym finale choroby powoduje, że ludzie skazani tym „wyrokiem” (onkolodzy nie lubią tego słowa) zostają sami. Warto przy tym zwrócić uwagę na pewien istotny szczegół: nie mówimy teraz o sytuacji, kiedy człowiek zmaga się z chorobą, widząc przed sobą realne szanse na powrót do zdrowia, a o okresie, w którym nadzieję buduje tylko wiara w cud, a przewidywana liczba pozostałych dni, tygodni lub miesięcy życia opiera się na statystykach podobnych przypadków. Bo w walce z chorobą, choćby bardzo ciężką, możemy liczyć na sojuszników, natomiast kiedy okazuje się, że walka jest przegrana, jest o nich bardzo trudno. Wtedy właśnie daje znać o sobie ten atawistyczny lęk, który nakazuje ludziom trzymać się z daleka od śmierci, a człowiek, wobec którego medycyna uznaje swoją rolę za zakończoną, staje się umarłym za życia. On i jego najbliżsi zostają pozostawieni samym sobie. W tym kontekście warto zastanowić się, dlaczego mnożą się różne fundacje i inne organizacje, gotowe pomagać w walce z chorobami i ułomnościami, natomiast – jeśli nie liczyć ruchu hospicyjnego i przedsięwzięć o charakterze religijnym – praktycznie nie ma liczących się, widocznych organizacji nastawionych na pomoc umierającym. Według mnie jest tak dlatego, że walka ze śmiercią jest bardzo medialna i można w niej liczyć na wsparcie, natomiast trwanie w oczekiwaniu na spotkanie z nią jest czymś dokładnie przeciwnym.

KAŻDY Z NAS ŻYJE

Nie chciałbym poprzestać tylko na tym, co napisałem wcześniej na temat hospicjów, do których trzeba też dołączyć oddziały i placówki opieki paliatywnej w uspołecznionej służbie zdrowia. Ludzie, którzy tam pracują - lekarze, psychologowie, pielęgniarki, wolontariusze, otaczają chorych opieką najlepszą z możliwych, co nie zawsze oznacza opiekę wystarczającą - ale to oczywiście nie jest ich wina, a warunków, w jakich przychodzi im działać. Problem polega na tym, że umierających jest znacznie więcej niż potrzebnych dla nich miejsc, również więcej niż można zebrać wolontariuszy. Opieką hospicyjną są więc objęci przeważnie ludzie cierpiący na choroby nowotworowe, a przecież i tak nie wszyscy mogą na nią liczyć. Oczekiwanie na śmierć nie dotyczy jednak tylko chorych onkologicznie, a tysiące ludzi trwają w tym stanie z różnych przyczyn w swoich domach. Miałem okazję poznać niewielki fragment wiedzy ludzi pracujących z umierającymi. Zrozumiałem np. co kryje w sobie proste hasło promocyjne, które często można spotkać w mediach: „Hospicjum to też życie”. Z fachowego, właśnie piarowskiego, punktu widzenia można by znaleźć w nim mankamenty, ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, jakie jest rzeczywiste przesłanie tego hasła. Ano takie, że człowiek żyje tak długo, aż umrze. Niby banał, ale jakże istotny z punktu widzenia tego kogoś, którego medycyna, a za nią krewni, znajomi, sąsiedzi, koledzy z pracy, uznali za „skazanego na śmierć”, a więc naznaczonego, od kogo bezpieczniej jest trzymać się z daleka, praktycznie rzecz biorąc już martwego. Tymczasem, mimo owego nieszczęsnego „wyroku”, człowiek wcale nie przestaje żyć. Przeciwnie, często w tym momencie zaczyna doceniać życie i bardziej niż do tej pory chce się nim cieszyć i z niego korzystać. Świetny przykład takiej sytuacji można zobaczyć w filmie „Choć goni nas czas”, gdzie Jack Nicholson i Morgan Freeman zagrali ludzi, którzy poznali się w pokoju szpitalnego oddziału onkologicznego, a następnie wspólnie realizowali to, o czym marzyli przez całe życie. Na dodatek zbliżająca się śmierć pomogła im załatwić sprawy, które dotąd im ciążyły i powodowały wyrzuty sumienia, dzięki niej umieli lepiej dostrzec to, co naprawdę jest ważne. Między innymi w tym właśnie tkwi swoista wartość śmierci, jej znakomity piarowski atut! Bo nic tak doskonale nie uświadamia wartości życia, jak to, że jest ono skazane na nieuchronny koniec, który na dodatek nie wiadomo kiedy nastąpi. Śmierć, jeśli tylko nie będziemy jej traktować jako czegoś, co nas nie dotyczy, może pomóc nam lepiej wykorzystać dany nam czas, nie marnować go na sprawy, które nie są tego warte. Problem polega tylko na tym, żeby nie zorientować się dopiero w tym momencie, kiedy nasze dni są policzone. Bo wtedy „goni nas czas” i możemy ze wszystkim nie zdążyć, a straty bywają nie do odrobienia i może pozostać nam tylko żal nad rozlanym mlekiem.

KAŻDY Z NAS MOŻE POMÓC

W świadomości, a raczej w podświadomości społecznej, medialnej, utworzył się taki stereotyp, że ludzie dzielą się na tych, którzy potrzebują pomocy, i tych, którzy mogą pomagać. Otóż to nie jest prawda. Nikt nie potrafi zarysować granicy, według której biegnie taki podział. Każdy gest pomocy ma charakter dwustronny, a często radość dawania jest większa niż radość z otrzymania. Zapytajcie kogokolwiek, kto zajmuje się działalnością charytatywną, a dowiecie się, że on nie tylko daje, ale otrzymuje. Przeanalizujcie swoje własne uczucia, np. gdy ustępujecie komuś miejsca w tramwaju, albo pomagacie niewidomemu przejść przez jezdnię. Czy tylko dajecie? Czy nie dostajecie czegoś w zamian, choćby poczucia satysfakcji, że zachowaliście się po ludzku? Więc pomagającym może być KAŻDY Z NAS, także ten, który według przyjętych stereotypów jest zaszeregowany do biorców pomocy. W ten sposób człowiek stojący w obliczu śmierci może być niezwykle pomocny innym ludziom w dostrzeżeniu przez nich wartości życia. W zamian za to może otrzymać radość dawania, wdzięczność i to, co najważniejsze: poczucie wartości, przydatności i bycia wśród ludzi. Oczywista jest rola tych, którzy stoją po drugiej stronie. Ich zadanie to tylko i aż BYĆ. W tym przypadku nie chodzi o nic więcej, jak tylko wypełnić samotność, odgonić złe myśli, potrzymać za rękę… To „potrzymać za rękę” ma niewyobrażalne znaczenie. W moich spotkaniach z ludźmi pracującymi w hospicjach to hasło pojawiało się bardzo często. Psychologowie z uniwersyteckimi dyplomami nie są potrzebni umierającym po to, aby stosować wobec nich książkową wiedzę. Najważniejsze ich zadanie i największa potrzeba ze strony ich podopiecznych to usiąść przy łóżku i potrzymać za rękę. Ten symboliczny, a zarazem fizyczny gest bliskości człowieka z człowiekiem zastępuje wszystkie mądrości i wszystkie pieniądze tego świata. Niestety, jest tych gestów ogromny deficyt, bo nie sposób do każdego potrzebującego wyciągnąć dłoń. Ale wielu spośród nich można dać poczucie bliskości z oddali, bo skoro tak wiele spraw dzieje się w świecie wirtualnym, to można też wirtualnie potrzymać za rękę. I chociaż zabraknie fizycznego ciepła i spojrzenia w oczy, to najważniejsze, czyli świadomość bycia razem, choćby w odległych miejscach, można sobie nawzajem dać. Może to zrobić każdy z nas. Przez internet.

W ten sposób powstał portal „Każdy z nas” (www.każdyznas.pl), a ja wykonałem pierwszy krok w drodze na swój piarowski Mount Everest, którym jest zbudowanie pozytywnego wizerunku śmierci. Wiem, że nie zdobędę tego szczytu, bo mojej Klientki nie da się polubić, ale może uda mi się rozbić namiot na jakiejś sensownej wysokości zbocza. Będę mieć satysfakcję, jeśli dzięki moim pomysłom i pracy choć jeden spośród nas dostrzeże, że śmierć pomaga żyć.

Maciej Szymański

Komentarze (1)

Dodaj komentarz


Maksymalnie 500 znaków





Kod




czytelnik
   
2014-02-06 23:22:43
Gratuluję,dobrze się stało że podzieliłeś się się swoimi refleksjami,mądry tekst
W tym dziale znajdują się różne teksty, publikacje, przemyślenia, rozważania, które mogą Cię zainteresować. Są one związane z różnymi sprawami, nie tylko ze śmiercią i żałobą. Wszystkie teksty możesz komentować.

Zobacz również